Przebywam w ciszy, mroku, którego nie rozjaśnia ani jeden promyk światła słonecznego. Jestem tu zamknięta na zawsze, nikt już nigdy w nią nie wejdzie. Ona nie jest przyjazna, kaleczy, rani, jest kawałkami potłuczonego szkła, rozrzuconego wokół mojego ciała, spoczywającego w celi, którą spowija ciemność. Każdy wykonany po omacku gest, kończy się kolejną raną. Mam ich już kilkaset: wiele jest zagojonych, już nie bolą, ale są też świeże, pokryte zakrzepłą krwią. Te pierwsze będę dręczyć moją duszę na wieki, drugich staram się po prostu nie rozdrapywać, wtedy goją się szybciej.
Od piątku przybyło kilka nowych. Znowu walczyłam z moją ciszą, lecz nie dostrzegłam poprzez mrok wymierzonego prosto w moje serce szklanego kolca. Kiedy przebijał skórę na piersi nie czułam nic, jakieś przemożne uczucie nie pozwalało mi przestać przeć na przód. Idealnie ostry kolec był wymierzone tak, by zadać dotkliwy ból, lecz nie zabić. Dlaczego nie mogłam umrzeć od niego?
Dlatego leżę teraz tutaj, nie mogąc żyć, ani umrzeć. Słyszę kapanie łez na posadzkę...ciszy nie słyszę...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
(Nie) Pierwszy upadek
Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka. Wciąż bardziej podob...
-
Powoli do mnie dociera, ta dziwna świadomość bycia tu i teraz. Czym jestem i kim byłam. Czy ja się aż tak zmieniłam? Mogę się jednak zmienia...
-
Jeśli On Ci kiedyś powie, co tak naprawdę myśli o tobie. To może się uśmiechnę do niego jeszcze, może też się po drodze pogubię, niebożę. I ...
-
A jednak przeszła... Ta miłość w końcu odeszła... Zniknęła znienacka, tak samo nagle, jak nieoczekiwanie się zaczęła... zanim się obejrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz