środa, 17 czerwca 2015

Żyję, ale co to za życie (bez Ciebie)

Z dnia na dzień odchodzę. By jakoś żyć bez Ciebie, wciąż biegnę, ciągle jestem w drodze. Niedotrzymane obietnice, złamane wartości, ukradzione komuś krzyże, przekreślone życie. Otwieramy zastygłe już rany, a potem z bólu i samotności szlochamy. Drżące dłonie w niebo wyciągamy, jakiegoś Absolutu wzywamy, cudu czekamy. Potem Boga przeklinamy, twarz od siebie odwracamy, bo brzydotę, starość, niedołężność w swoich duszach dostrzegamy. Pomyłką siebie nazywamy, wiary w świętości się wyrzekamy. Tylko jednego wciąż nie dostrzegamy, że im bardziej się nienawidzimy, tym mocniej się kochamy.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Kiedy się tak postarzałam?

A co, jeśli naprawdę nigdy więcej cię nie zobaczę, nawet w snach, czy na wysyłanych przez gg fotografiach? A co jeśli życie przeżyję na Ciebie poszukiwaniach, jeśli potłuczonych kawałków siebie nigdy w formie mnie sprzed Ciebie nie poskładam. A co, jeśli czasu nie cofnę, a ja już będę taką jaką mnie zostawiłeś: samotna, złamana? Jeśli prawdą jest, że byłam zawsze dla Ciebie za stara, to czy teraz, po tylu latach, stanę się choć trochę Ci bliższa, ładniejsza, młodsza, droższa, cenniejsza? A co, jeśli to, co się nigdy nie miało stać, się stało i żoną twoją jest ona i macie nawet dwójkę dzieci?

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Traumatyczne przeżycie

Kiedy życie przestanie dręczyć swoim byciem. Dlaczego mam tę dzisiejszą noc przetrwać. Gdyby się ktoś dowiedział, że nie ma nadziei i że umieranie się już powoli odbywa. Gdyby rozpacz przyszła trochę później byłabym może już martwa. Może wypadłabym z okna, lub weszła pod tramwaj. Czemu się ta pustka w mym sercu tak drastycznie rozpycha, nie pozostawia nawet na krzyk miejsca, na widownię, zdobyła ciało, a teraz duszę i umysł podbija. Nie mam nic, tylko ten smutek i samotność, zmysłów drętwość i rodzinna oziębłość. Dlaczego przychodzi ten z dawnych czasów demon i dręczy mnie swoim szyderczym śmiechem. Chce zabrać nie tylko miłość, szczęście, godność, płodność, kobiecość, tego już dawno nie ma i nie będzie. Lecz on wciąż chce więcej, zająć nie tylko te ważne mojej osobowości pozycje. Demon zdobył już ciało, jeszcze chce duszę, wciąż tętniące życiem serce.

czwartek, 4 czerwca 2015

Nie istnieje żadne "później"

Nie jest dobrze, mówić zbyt wiele o Tobie. Łatwiej by już było, zamilknąć na zawsze, ogłuchnąć i oślepnąć na dobre. Zostawiam tylko w Twojej duszy zamęt, wciągam Cię we własny obłęd, by potem, gdy nie radzisz z nami oboje sobie, nie pozwolić Ci odejść. Czy tak postępuje mędrzec? Wciąż próbuję odpowiedzieć sama sobie. Jak mnie kiedyś nazwiesz, kim dla Ciebie się teraz jawię? Czy jestem kobietą marną, upadłą, bezdzietną, niesparowaną? A może mnie niezaspokojoną despotką, lub słodką idiotką nazwiesz? Zobacz, jestem jeszcze kobietą otwartą, samodzielną, odważną, podbiłam przecież Germanię. Spojrzałeś teraz na mnie. Wiem, jestem tyranem. Co powinnam zrobić, jak postąpić, by być znowu swego życia panem? Bo za bardzo Cię kocham, dlatego też Cię ranię. I nic z tym nie robię, całe swoje życie zbieram się na odwagę. Gdybyś tylko do mnie przyszedł, rozpoznałbyś we mnie tę sprzed kilku lat dziewczynę, tylko ty to potrafisz. Zmieniasz samotność w szczęśliwe chwile. A może po prostu znasz drogę do mojej wyobraźni, rozszerzasz jej granice. Rozwiązałeś już mnie całą. Zrozumiałeś moją logikę już dawno. Znudziła Cię już moja przewidywalność. Nie smuć się więc, przestań nudzić, bo przed nami jeszcze jedno, najważniejsze zadanie do rozwiązania zostało. Najtrudniejszy dział: metafizyka, zajmijmy się nią już dzisiaj, bo jest najtrudniejsza, a już niewiele życia na jej poznanie nam zostało. Lecz zrozumiem, jeśli więcej doświadczeń nie pragniesz, jeśli na fizyce poprzestaniesz. Poznałeś już całe to astralne ciało, dalszych badań się już nie podejmiesz. Skupiasz się pewnie teraz na Agnieszce, która była przede mną jeszcze. I była też po mnie. Szach mat i ograła mnie. Zrozumiałam teraz, że zostanie z Tobą już dozgonnie. Żegnaj więc. Mój statek z miłością do Ciebie niechaj więc zatonie. Bo nie będzie już nikogo po Tobie.

środa, 3 czerwca 2015

Fenomenologia Zbyszka

Na czym polega fenomen Zbysia! Ładna buzia, wysoki i te ciemne oczy. Wyróżnia się z tłumu, każdy nie-blondyn. Blondyni się przejedli, są mało wyraźni, bladzi i siebie niepewni. I gdy idziesz ulicą, znudzona, wciąż przepływającą falą przeciętności, może cię, gdy ci się poszczęści i go zobaczysz, on swoją pięknością zaskoczy. Tak banalnie, tak trywialnie, zwyczajnie zauroczy. Ale zobaczysz, jak szybko okażesz się jego przewidywalnością, powtarzalnością zmęczony. No i ten piękny chłopak nie ma żony. Eksperymentuje, męczy, samozachwytem Cię zadręczy. Wpędzi cię w depresję, gdy go wiecznie nie będzie, w kompleksy, gdy opowiadał o swoim bogatym życiu erotycznym będzie. Załamiesz się, gdy ci po raz kolejny o swej cudownej żonie-widmie opowie. Lecz ty mów mu komplementy, bądź ciągle erotycznym pogotowiem, a wtedy będziesz nadal, od czasu do czasu, w jego pięknej głowie.

wtorek, 2 czerwca 2015

Uciekasz, lecz nie ma dokąd

Czym się w życiu ciągle zabawiamy? Jak dzieci, wciąż za cudzymi żonami, mężami, chłopakami i dziewczynami latamy. Wykrzywiamy twarze, usta w lubieżnym uśmiechu, gdy czyjeś dłonie rozgrzane do czerwoności dotykają twojej nagości. Tworzymy zgraną parę, ty płacisz, ja ci co chcesz daję. Potem zamykasz się w sobie i uciekasz z jednych ramion w drugie. Skaczesz z radości, gdy dotykasz samych kości. Całujesz czaszkę, gładzisz miednicę, nagle coś wyczuwasz, zaczynasz się złościć. Chcesz odejść, lecz na twych biodrach zacisnęły się już tamte kości. Zakleszczyły cię, nie wyrwiesz się. Czujesz smród, zapach zgnilizny, patrzysz w nieruchome oczy. Szamoczesz się, starasz się nie krzyczeć, lecz strach zdaje się wygrywać. Więc z wrzaskiem na ustach z martwych ramion się wyrywasz i z łóżka się zrywasz, krzycząc: zabiłem prostytutkę, Boże litości! Przytomniejesz, jesteś w swoim łóżku, tym razem to był tylko zły sen, znowu się śmiejesz. Przysięgasz sobie, że już nigdy w jej życiu nie zagościsz. Idziesz do sąsiadki-góralki, prosząc o rękę, wciąż nie możesz zapomnieć strachu przed tamtą, tamtą twarzą. Strachu, przed kobietą. Strachu, może tego samego, co czułeś do własnej matki? Nie, nie chcesz tam wracać, więc uciekasz. Znajdujesz. Nie zastanawiasz się. Za żonę pojmujesz. I pewnej listopadowej nocy, uświadamiasz sobie wszystko, co do tej osoby czujesz. To dopiero początek koszmaru, bo poślubiłeś tą, której się w istocie bałeś, przed którą całe życie uciekałeś: obraz własnej matki.

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...