środa, 17 czerwca 2015
Żyję, ale co to za życie (bez Ciebie)
Z dnia na dzień odchodzę. By jakoś żyć bez Ciebie, wciąż biegnę, ciągle jestem w drodze. Niedotrzymane obietnice, złamane wartości, ukradzione komuś krzyże, przekreślone życie. Otwieramy zastygłe już rany, a potem z bólu i samotności szlochamy. Drżące dłonie w niebo wyciągamy, jakiegoś Absolutu wzywamy, cudu czekamy. Potem Boga przeklinamy, twarz od siebie odwracamy, bo brzydotę, starość, niedołężność w swoich duszach dostrzegamy. Pomyłką siebie nazywamy, wiary w świętości się wyrzekamy. Tylko jednego wciąż nie dostrzegamy, że im bardziej się nienawidzimy, tym mocniej się kochamy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
(Nie) Pierwszy upadek
Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka. Wciąż bardziej podob...
-
Powoli do mnie dociera, ta dziwna świadomość bycia tu i teraz. Czym jestem i kim byłam. Czy ja się aż tak zmieniłam? Mogę się jednak zmienia...
-
Jeśli On Ci kiedyś powie, co tak naprawdę myśli o tobie. To może się uśmiechnę do niego jeszcze, może też się po drodze pogubię, niebożę. I ...
-
A jednak przeszła... Ta miłość w końcu odeszła... Zniknęła znienacka, tak samo nagle, jak nieoczekiwanie się zaczęła... zanim się obejrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz