wtorek, 2 czerwca 2015

Uciekasz, lecz nie ma dokąd

Czym się w życiu ciągle zabawiamy? Jak dzieci, wciąż za cudzymi żonami, mężami, chłopakami i dziewczynami latamy. Wykrzywiamy twarze, usta w lubieżnym uśmiechu, gdy czyjeś dłonie rozgrzane do czerwoności dotykają twojej nagości. Tworzymy zgraną parę, ty płacisz, ja ci co chcesz daję. Potem zamykasz się w sobie i uciekasz z jednych ramion w drugie. Skaczesz z radości, gdy dotykasz samych kości. Całujesz czaszkę, gładzisz miednicę, nagle coś wyczuwasz, zaczynasz się złościć. Chcesz odejść, lecz na twych biodrach zacisnęły się już tamte kości. Zakleszczyły cię, nie wyrwiesz się. Czujesz smród, zapach zgnilizny, patrzysz w nieruchome oczy. Szamoczesz się, starasz się nie krzyczeć, lecz strach zdaje się wygrywać. Więc z wrzaskiem na ustach z martwych ramion się wyrywasz i z łóżka się zrywasz, krzycząc: zabiłem prostytutkę, Boże litości! Przytomniejesz, jesteś w swoim łóżku, tym razem to był tylko zły sen, znowu się śmiejesz. Przysięgasz sobie, że już nigdy w jej życiu nie zagościsz. Idziesz do sąsiadki-góralki, prosząc o rękę, wciąż nie możesz zapomnieć strachu przed tamtą, tamtą twarzą. Strachu, przed kobietą. Strachu, może tego samego, co czułeś do własnej matki? Nie, nie chcesz tam wracać, więc uciekasz. Znajdujesz. Nie zastanawiasz się. Za żonę pojmujesz. I pewnej listopadowej nocy, uświadamiasz sobie wszystko, co do tej osoby czujesz. To dopiero początek koszmaru, bo poślubiłeś tą, której się w istocie bałeś, przed którą całe życie uciekałeś: obraz własnej matki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...