piątek, 25 marca 2016

Kiedy zaczyna się umieranie?

Coś mnie czeka, na tej drodze życia i śmierci, tej samej co królów i służących, bogatych i biednych, matek i bezdzietnych, żon i samotnych, złych i dobrych, zdrajców i wiernych. Gdzieś tam jestem, w tym tłumie, kroczę, ramię w ramię z innymi, upadam i się podnoszę. Czy ktoś mi rękę podaje, gdy leżę, nie sądzę? Szymon z Cyreny jest Chrystusem zajęty, Weronika ociera twarz Jezusa właśnie teraz, dzisiaj. Więc wstaję sama, podnoszę balast, ciężar mojej pracy, moich poświęceń. Z Mesjaszem dziś moglibyśmy podać sobie ręce. Oboje przeklęci, kochani tylko przez wąskie kręgi. Ty Jezu pozostawiłeś coś po sobie, ile wiernych Ciebie wciąż wyznaje, ile w Ciebie wierzy. A ja zniknę, przeminę, jak w wodę wrzucony kamień, jak kartka papieru niweczona przez świecy płomień. Kim byłam, wciąż jestem? Czy tylko złych ludzi na swej drodze spotykałam? Nawet jednego dobrego ziarenka nie zasiałam. Zbyt słaba, zbyt grzeczna, przyzwoita, zbyt mała, zbyt politycznie poprawna, by przetrwać we własnych dzieciach. Dzisiaj nie warto nikomu wierzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...