środa, 27 sierpnia 2014

Jestem w domu

Z roku na rok ubywało mi ciepła. Świat, w którym żyłam, gdzie dorastałam, robił się coraz bardziej wąski. Żyłam u siebie, mając poczucie wolności posługiwania się jęz. polskim, ale tylko do pewnego stopnia. W pracy moja mowa mogła ograniczać się tylko do ściśle określonych sformułowań, wszelka improwizacja była surowo karana. Nauczono mnie na studiach zamiłowania do eklektyzmu w mowie. Ograniczenie mojej pracy do kilkudziesięciu wyrazów stało się torturą. Praca przestała mi sprawiać radość, przynosić satysfakcję. Choć przez długi czas była mi pociechą, otarciem łez po zakończeniu wcześniejszej i, co się wiązało z odejściem z tamtej pracy, końcu naszej znajomości. Ale ty wróciłeś. Znów na krótko. Wracałeś co pewien czas i odchodziłeś. Nastawiłam zegarek według twoich powrotów. Zima z zamarzającymi rękoma, które wciąż wydawały resztę, czerwonym nosem. Lecz zima była dobra, wtedy byłeś też ty na gg. Przynosiłeś koc i rozgrzewałeś zmarznięte dłonie. Zdarzyło się. Kilka razy, może kilkadziesiąt, że czułe gesty przynosiły więcej rozkoszy niż zamierzaliśmy. Tak bardzo chciałam cię zatrzymać, oglądać każdego dnia. Kochałam Cię każdą częścią mojego ciała i duszy. Zawsze taki nieodgadniony, nieosiągalny. W tym ostatnim momencie byłam sama. Bo gdy ważą się nasze losy, gdy przychodzi podjąć decyzję, bo miecz Demoklesa już wisi nad głową, najczęściej nie ma nikogo obok, kto mógłby wesprzeć radą. Ten miecz okazał się obosieczny. Zerwał kajdany, ale też więź łączącą nas. Nagle zniknęła wizja świata, w którym idziemy razem, trzymając się mocno za ręce w stronę nieznanego. A może tylko zmieniła się, bo wędrujemy razem do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...