Biorę głęboki oddech i lecę, zapadam się, tonę. Mijam domy, ogrody, ludzi, obcych i znajomych. Przyglądam się im z bliska, są zajęci sobą, swoją rodziną, żoną nie usłyszą mego wołania, nie uratują od spadania. I widzę i jego, o status: żonaty, dzieciaty walczącego. Nie widzę go szczęśliwego. Przecież tego chciał, a smutny jest, dlaczego? Nie chcę się zatrzymać akurat obok niego, lecz los za mnie zdecydował, albo Bóg, nie moja w tym głowa. Mam go wspierać radą, kobiecą psychikę objaśniać, szukać wyjścia, w problemach pocieszać. Nauczyć go kochać, uczyć żonę kobiecości, a potem, gdy to się dokona odejść, szczęścia nie zazdrościć. Wejść w tę najmniejszą jednostkę społ. i pomóc jej się zmienić, wyrwać ją z biedy. Chcę im pomóc, bo ja kocham Jego, ale on i ona są małżeństwem i teraz stanowią jedność. Więc spotkam się z kandydatem jego, którego wystawił wprawdzie nie dla mnie, lecz muszę wyzbyć się egoizmu wszelakiego. Zapomnę o urazach, zapomnę o tym nawet, jak go kochałam...dla dobra najwyższego, by uratować od nędzy rodzinę i jego samego.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
(Nie) Pierwszy upadek
Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka. Wciąż bardziej podob...
-
Powoli do mnie dociera, ta dziwna świadomość bycia tu i teraz. Czym jestem i kim byłam. Czy ja się aż tak zmieniłam? Mogę się jednak zmienia...
-
Jeśli On Ci kiedyś powie, co tak naprawdę myśli o tobie. To może się uśmiechnę do niego jeszcze, może też się po drodze pogubię, niebożę. I ...
-
A jednak przeszła... Ta miłość w końcu odeszła... Zniknęła znienacka, tak samo nagle, jak nieoczekiwanie się zaczęła... zanim się obejrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz