wtorek, 7 kwietnia 2015

Armagedon

Wciąż tli się w nas nadzieja. Na coś nieuchwytnego, niematerialnego, może powiesz mi to właśnie dziś, teraz. Odkrywanie człowieka ma się odbywać stopniowo, krok po kroku. Jeden puzzel, drugi, trzeci, jeszcze milion na odkrycie czeka. I tylko nie rozumiem, co ja tutaj robię? Jestem na froncie i rozbrajam bombę. Tylko dwa kabelki: żółty i czerwony. Jeden ratuje mi życie, drugi komuś je odbiera. Zdecyduj powoli. Lecz zegar wciąż tyka i nie zmieni swej roli. Ktoś w oczach ma strach. Armagedon nadchodzi. Jedno szybkie cięcie. I milion myśli, w trakcie, naszej brązowookiej córki i domku z ogródkiem i psa. Biegniesz do mnie, ja ręce rozkładam. Ciach! Wizja znika. Rozglądam się wokoło. Wciąż tu jestem, ta obca ziemia i czyjaś długowieczna wędrówka. Moje towarzystwo, ma jej ostatnie chwile osładzać, wciąż budzić do życia i otuchy dodawać. Niwelować frustracje, krzyki uciszać, gonić jej białego królika, białe myszki łapać. Lecz przed oczami mymi jest od wczoraj inna wizja, która jeszcze się nigdy nie wydarzyła, lecz ma. Widziałam to wyraźnie, gdy bombę rozbrajałam. Była piękna. Panie Boże, daj mi siłę bym jej nie zapomniała. Daj odwagę, bym działała, w ruch jej poszczególne elementy wprawiała. I mądrość, by odróżnić słabość od siły i od odwagi strach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...