Przechodzę przez jezdnię. Nie rozglądam się na boki. Coś nadjeżdża. Panikuję. Zatrzymuję się na środku drogi. Przeprawiam się przez rzekę. Idę po wodzie, lecz nie potrafię być Bogiem. Zapadam się. Tonę. Przechodzę przez most zwodzony. Nie patrzę pod nogi, tylko podziwiam surowej przyrody widoki. Deski trzeszczą, pękają. Spadam. Na kawałku liny wiszę. Krzyczę. Wołam Cię: Zbyyyszek! Tylko echo w pustej dolinie odpowiada. Przechodzę przez gehennę, wyciągasz pomocną rękę. Czy jej dosięgnę?
piątek, 5 grudnia 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
(Nie) Pierwszy upadek
Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka. Wciąż bardziej podob...
-
Powoli do mnie dociera, ta dziwna świadomość bycia tu i teraz. Czym jestem i kim byłam. Czy ja się aż tak zmieniłam? Mogę się jednak zmienia...
-
Jeśli On Ci kiedyś powie, co tak naprawdę myśli o tobie. To może się uśmiechnę do niego jeszcze, może też się po drodze pogubię, niebożę. I ...
-
A jednak przeszła... Ta miłość w końcu odeszła... Zniknęła znienacka, tak samo nagle, jak nieoczekiwanie się zaczęła... zanim się obejrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz