sobota, 14 czerwca 2014
W oku cyklonu
Tak jak obiecałam dziś opowiem o rzeczach ważnych, nie o problemach osobistych, które nie mają żadnego związku z tym, czym się zajmuję, z moją sprawą. W drugi dzień Zielonych Świątek miał tu miejsce huragan, który dokonał dosłownie spustoszenia. Nie wiem z jaką prędkością/godz. wiał wiatr, nie jestem ekspertem, więc tych cyfr nie zapamiętałam, ale opiszę z mojej perspektywy, przyjezdnego, jak to się przedstawia. Zawsze z tatą, który pochodzi z terenów leśnych, lubiłam oglądać program na National Geographic pt. Drwale. Nigdy nie przypuszczałam, że dane mi będzie z tak bliska przyglądać się pracy silnych mężczyzn, których tak podziwiam. Pierwszy dzień "po" był oczywiście katastrofalny. Od rana pozamykane były główne ulice. Autostrady i drogi szybkiego ruchu były w pierwszej kolejności wyłączone z ruchu, ale też zostały najszybciej oczyszczone. Rano udałam się do sklepu, jednak będąc osobą nie zmotoryzowaną, a rowerzystką, udało mi się przedrzeć przez gąszcz gałęzi leżących na drodze. Droga wyłączona z ruchu ma tę zaletę, iż można jechać jej środkiem, zresztą, o jeździe chodnikiem nie było mowy, gdyż drzewa rosnące wzdłuż niego, huragan tak pouszkadzał, że leżały na nim gałęzie, bądź konary drzew, które w znacznym stopniu utrudniały, bądź całkowicie wykluczały jazdę ścieżką rowerową. W wielu miejscach widać było samochody bądź przysypane gałęziami, bądź rozbite przez spadające odłamki drzew. Po drodze mijałam mnóstwo złamanych, mniej więcej w połowie, drzew, na wysokości domów. Czyli tam, gdzie kończyła się bariera dla wiatru, tam zostały też drzewa złamane. Przeważają tutaj drzewa liściaste, twarde np. buki, dęby, których wiek jest szacowany na ponad 100 lat. Do dziś, czyli 6 dni po wichurze, nie kursują do Recklinghausen pociągi. Wciąż trwają prace przy usuwaniu drzew z torów. Uszkodzonych jest wiele linii elektrycznych i telefonicznych. Wiele szkół jest pozamykanych. Wprowadzono zakaz wchodzenia do lasów, a jeśli, to na własną odpowiedzialność, ze względu na tysiące połamanych drzew. Już pierwszego dnia po katastrofie pojechałam "swoją" trasą rowerową, ciągnącą się wzdłuż pól i malowniczych łąk, pastwisk. Zmartwił mnie widok ok 7-miu wyrwanych z korzeniami i przewróconych na pola, czy zagrody wiejskie ok. 15 m-owych, chyba, klonów i inn., które leżały na odcinku ok. 1 km. W mieście widziałam już ok 20-to metrowe drzewa leżące, dzięki Bogu, wzdłuż, nie na blokach mieszkalnych. Jedno zwaliło się na sygnalizację świetlną, która leżała pod zwalistym drzewem niczym gumowa zabawka. Czytałam o domach, które zostały przywalone przez drzewa i przepołowione. Ktoś, właściciel fermy kurzej, opowiadał o wyrwanych ze swojej posesji ok. 100-u, 100-letnich dębach. A najdziwniejsze jest to, że dom Helgi wyszedł z tej nawałnicy nietknięty, nawet jednej doniczki wiatr nie przewrócił.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
(Nie) Pierwszy upadek
Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka. Wciąż bardziej podob...
-
Powoli do mnie dociera, ta dziwna świadomość bycia tu i teraz. Czym jestem i kim byłam. Czy ja się aż tak zmieniłam? Mogę się jednak zmienia...
-
Jeśli On Ci kiedyś powie, co tak naprawdę myśli o tobie. To może się uśmiechnę do niego jeszcze, może też się po drodze pogubię, niebożę. I ...
-
A jednak przeszła... Ta miłość w końcu odeszła... Zniknęła znienacka, tak samo nagle, jak nieoczekiwanie się zaczęła... zanim się obejrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz