piątek, 14 listopada 2014

Kobieto, puchu marny

Jestem skazana na samotność, choć przecież, proszę Wysokiego Sądu, nie jestem niczemu winna. Kochałam szczerze i mocno lecz miłość do młodszego mężczyzny próby czasu  nie przeżyła. Może jedynie naiwnością zgrzeszyłam, wierząc, że urody nieprzeciętnej dwudziestolatek w pospolitej trzydziestoletniej kioskarce się zakocha. Lecz nie jestem winna rozwiązłości, zdemoralizowania jego niewinności, bo z tym chłopcem nie miałam żadnej styczności. Jedynie czemu jestem winna, to, że mu uwierzyłam. Ufałam, że ma z tym rację, że lepiej w domu siedzieć, a mąż sam się znajdzie. I siedziałam latami na internecie, tylko z nim raz na pół roku pisząc o seksie. On jest winien, że mnie przekonał, że w sercu mym demon zamieszkał i że wyrwać chce mi duszę i serce. Winien jest, że mnie przez tyle lat odwiedzał, gdy już w samotności swej słabłam i jakiś inny mężczyzna mnie potencjalnie za przyjaciela mógł mieć, on me marzenia o kochającym mężczyźnie na nowo wzniecał. On jest winien, że ustatkowanym mężczyznom uwierzył, że jestem prostytutką i trzeba się mnie strzec i o to zawsze podejrzewać. Jest winien, że pomylił miłość do obrony zasad i cnót, mądrości, męskiej solidarności, ze ślepym niszczeniem kobiecej seksualności, płodności i praw np. do błędów i naiwności. Czemu ciągle za to odpowiadam, że przed laty ktoś mną zmanipulował, mą dziewczęcość, dziewiczość zbrukał, kłam memu ascetycznemu życiu zadał? Ale nie jest winien moich samobójczych skłonności, bo pochodzi z miejsca, gdzie mieszkają rozwiązłe, proste kobiety, które nie mają świadomości własnych praw i godności. Dla których seks jest podstawową rozrywką i nie ma szacunku dla przysięgi, zobowiązań wobec innej kobiety, które mają świadomość tylko swej siły i są przekonane o jej wyższości nad słabością, starością. I nie będzie on winien mojej śmierci, bo nie jest kobietą, a to kobieta z jego otoczenia wtargnęła w jego życie i wyrzuciła mnie z jego życia przemocą. To kobiecie zależało na odsunięciu mnie od niego.  A ja bardzo zawiniłam, że w sieci kłamstw i internetowych masek pobłądziłam. Zawiniłam, że w świat bez reguł, zasad weszłam. Jestem winna, ze opacznie jego zainteresowanie zrozumiałam, sądząc, że za żonę mnie kiedyś weźmie, tylko wiara w Boga mu na spotkanie ze mną nie pozwala. Lecz nie przyznaję się do zdrady i nieuczciwości, bo ja swoją twarz pokazałam i niczego przed nikim nie ukrywałam, ruchów nie kalkulowałam, zachowań nie planowałam i przede wszystkim nigdy prawdziwej miłości i dobroci mężczyzny nie doznałam. Przyznaję się tylko do prostolinijności i samotnego odczuwania miłości, do depresji, że znowu znowu na świecie wygrywa prawo pięści. Może grzeszę brakiem kompetencji w leczeniu traumatycznych przeżyć, zrozumienia psychologicznej głębi i dalszej do pracy bez rezultatów chęci. Może też grzeszę, że się z perspektywy zmian cieszę. Ale przede wszystkim nie jestem winna, braku sumienności, braku dla starszego chorego człowieka wyrozumiałości, braku gotowości poświęcenia swojej godności, swoich praw do języka, posiadania rodziny i prywatnego życia, braku pracowitości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

(Nie) Pierwszy upadek

Dziękuję Ci, że we mnie wierzysz, że wciąż rad nie dajesz... i każdego jego miarą mierzysz. Tak jak każda dobra matka.  Wciąż bardziej podob...